Specjalizacje, Kategorie, Działy
Wyślij
Udostępnij:
 
 
Archiwum

Nie ma dzieci po dopalaczach, coraz więcej jest po próbach samobójczych ►

Autor: Iwona Konarska |Data: 27.04.2021
 
 
– Nieraz dziennie przyjmujemy kilkoro dzieci, właściwie nie ma tygodnia, żeby nie było dwojga, trojga po próbie samobójczej. Mam wrażenie, że pandemia, siedzenie w domu, nasiliły ten problem – mówi lek. med. Aneta Górska-Kot, ordynator Oddziału Pediatrycznego Szpitala Dziecięcego im. prof. Jana Bogdanowicza w Warszawie.
Ratujecie dzieci. Z czego? Po czym? Ciągle ten sam scenariusz?
– To co sobie uświadomiłam: zmniejsza się liczba dzieci po dopalaczach a zwiększa po próbach samobójczych.

Był taki czas, że mieliśmy bardzo dużo dzieci po zatruciach dopalaczami, zauważyliśmy wtedy, że zmniejszyła się liczba dzieci przywożonych pod wpływem alkoholu, pod wpływem narkotyków, właściwie ich nie było, coraz więcej było tych, które trzeba było ratować po zatruciu dopalaczami. Codziennie przyjmowaliśmy takie dziecko. Ale teraz jest widoczna zmiana. Od ponad roku właściwie w ogóle nie ma dzieci po dopalaczach a za to coraz więcej jest po próbach samobójczych. Już nie próbują nowych doznań albo już spróbowali. One nie mówią ani o narkotykach, ani o dopalaczach, ani o alkoholu - one po prostu nie chcą żyć.

Próbuję o tym mówić i krzyczeć, gdzie się da. Mało kto chce słuchać, bo to jest temat niewygodny. Poza tym często słyszę, żeby nie mówić, bo to zachęca do samobójstw.

Mamy milczeć? Zamiatać pod dywan? Przecież nastolatki cierpią na brak poczucia miłości, nie samej miłości. Nie czują się bezpiecznie w życiu. One po prostu nie mają nadziei.

Wielokrotnie alarmowała pani, że prób samobójczych dzieci jest coraz więcej.
– Tak, to nie są pojedyncze przypadki w roku, to jest co drugi, trzeci dzień – przywożone dzieci po próbie samobójczej. Nawet, gdyby to były dzieci z całej Warszawy, choć nie jesteśmy jedynym szpitalem, to jest naprawdę dużo -150-200 dzieci rocznie. Tyle dzieci nie chce żyć w samej Warszawie a na pewno są też takie, które do nas nie trafiły, bo rodzice ich nie przywieźli, bo uznali, że to kolejny raz albo, że nie można o tym mówić, bo to wstyd. Warszawa nie jest inna, wszędzie ten problem istnieje - im więcej będziemy o tym mówić – tym większa jest szans, że rozmowa uratuje czyjeś życie.

Nieraz w ciągu dnia przyjmujemy kilkoro takich dzieci, właściwie nie ma tygodnia żeby nie było dwójki, trójki dzieci przyjętej po próbie samobójczej. Mam wrażenie, że okres pandemii, siedzenia w domu, nasilił ten problem. Sądzę, że jest coraz więcej dzieci z problemami psychicznymi, głównie depresyjnymi i próbami samobójczymi. Jest też coraz więcej anorektyczek, które do nas trafiają na wstępne przebadanie.

To jest moja refleksja, gdy patrzę wstecz na rok 2020 i jego konsekwencje w 2021 roku. Nie zwiększyła się liczba dzieci z problemami psychosomatycznymi, jak my to nazywamy „z bólem życia”, gdy okresowo boli je wszystko. I to nie tylko dziewczynki są takie, że cierpią na ból życia. Chłopcy też.

Jak to odzwierciedla się w statystykach?
– Rok 2016/2017 - dzieci mieliśmy około 50 w ciągu roku, w 2018/2019 mieliśmy 130 – oznacza to, że co trzeci dzień przyjmowaliśmy dziecko po próbie samobójczej. Są to w większości dziewczynki, w ponad 90 proc. próby zatrucia lekami. Nie mam jeszcze statystyk z 2020 roku, ale mam wrażenie, że ich jest jeszcze więcej, wydaje mi się, że co drugi dzień, codziennie są przywożone - dałoby to co najmniej 150 dzieci rocznie.

Jakie są historie tych dzieci? Co wiemy o motywach ich dramatycznych prób samobójczych?
– Zacytuję to, co mówi dziewczynka, która była po próbie samobójczej i to, co powiedziała mama chłopca po takiej próbie. Mówi Martynka: „Gdy miałam około 12 lat płatki zaczęły opadać, z czasem cały kwiat zwiądł, po czym zaczął intensywnie rozkładać się, gnić. Miałam 16 lat. Jednak moim lekarzom udało się z małych odnóżek mojej normalności zasadzić go na nowo i powoli, powoli, od czasu mojej pełnoletności wyrasta z niego znowu piękny kwiat”. To jest dziewczynka, która miała szczęście trafić do dobrych psychiatrów po próbie samobójczej, i jeszcze mama: „14-letni syn popełnił samobójstwo, powiesił się, nie miał depresji, nie miał problemów z kolegami, uczył się przyzwoicie, tylko się zdenerwował. Tak po prostu wkurzył się i powiesił się. Nie chciał umrzeć, tylko się zdenerwował. Taki impuls. Akurat był sam w domu. Wyszłam na pół godziny, w słoneczne, kwietniowe popołudnie z młodszym synem na rower. Zostawiłam swoje starsze szczęście w dobrym nastroju, wrócił z kina, w szkole była trzydniowa przerwa. Jak wyglądało moje życie przed? Teraz to nie ma znaczenia, teraz ważne jest jak wrócić do życia, jak żyć po”. To są dwa obrazki – duszy dziewczynki, która chciała się zabić, gdy miała 16 lat a dojrzewała do tego przez cztery lata i mamy, która straciła dziecko w wyniku próby samobójczej.

A teraz parę historii z życia, czyli z naszego oddziału – dzieci w wieku 12-14 lat, naprawdę jeszcze małe dzieci – to nie są 17-letni nastolatkowie.

Chłopczyk, 12 lat, jeden z trojaczków, miał dwie siostry. Rodzina dobra w popularnym tego słowa znaczeniu, katolicka, on był ministrantem, właściwie bez problemów. Mieli taki zwyczaj, że po szkole szli do babci, jedli obiad i udawali się do domu – mieszkali w wiosce niedaleko Warszawy. W pewnym momencie dziewczynki zaczęły szukać brata, znalazły go za stodołą, powiesił się na sznurze. Na szczęście sąsiadka była ratowniczką, odcięła go, zdążyli go uratować. Przywieziony do nas na OIOM w dość ciężkim stanie. Po kilkudniowym pobycie na OIOM-ie trafił na mój oddział. Chłopiec miał bruzdę wisielczą, natomiast rodzice nie chcieli, żeby on o tym w ogóle wiedział – że powiesił się, że chciał się zabić. Miał zakładane szaliczki, podwyższone kołnierzyki, bo negowano problem. W końcu, po kilku dniach, zapytał lekarza prowadzącego, co ja tu mam, bo miał na szyi tę bruzdę wisielczą ze strupkami. Usłyszał od lekarki, że chciał się powiesić.

W którymś momencie w terapii musi pojawić się psychiatra.
– Tak, dziecko po próbie samobójczej musi być skonsultowane przez psychiatrę i najczęściej hospitalizowane, bo jeśli już targnęło się na swoje życie problem jest głębszy niż się zdaje. Tak więc zapadła decyzja o przekazaniu chłopca do szpitala psychiatrycznego. Ponieważ to była sobota, przyjechała mama, tata, ciocie i ksiądz z parafii i wszyscy prawie napadli na lekarkę, która miała dyżur, że absolutnie nie, co ona robi, to jest zdrowy chłopczyk, co ona mu naopowiadała. To był przypadek, żadna próba samobójcza!

Prawie chcieli ją wywieźć na taczkach z oddziału, ale lekarka była konsekwentna i chłopiec pojechał do szpitala psychiatrycznego. To było w czasach, kiedy nie była jeszcze przerwana zmowa milczenia o pedofilii w kościele, cała rodzina negowała problem. Po dwóch tygodniach przyjechał ojciec chłopca, przeprosił lekarkę, podziękował, że syn pojechał do szpitala psychiatrycznego, bo być może by go stracili. Dlaczego chciał się zabić? Do dzisiaj nie wiemy.

Kolejna historia dziewczynki 12-letniej, która wzięła dużą ilość leków antydepresyjnych „wypłukana” na SOR, przyjęta do nas. To jest najczęstsza historia, że dzieci biorą leki, właśnie antydepresyjne a na drugim miejscu jest paracetamol. Wzięła sporo tych leków antydepresyjnych, też „wypłukana”, potem była w dobrym kontakcie. Dlaczego? Ponieważ pandemia, oboje rodzice w domu, tata przestał chodzić do pracy, był alkoholikiem, biegał po domu z nożem i straszył dziewczynkę, że ją zabije. Ona chciała być tylko z mamą, albo nie żyć. Sprawa przekazana do sądu, dziewczynka wypisana do domu, pod opiekę matki i opiekę sądową.

Kolejna historia to dziewczynka 13-letnia, którą przyjmowałam osobiście. Poszła do apteki, kupiła trzy opakowania paracetamolu i zażyła wszystko. Dlaczego? Bo starszy brat powiedział, że jest nieposłuszna wobec mamy. W szpitalu otrzymała wlew acetylosteiny, wszystko zgodnie z regułami sztuki. Dawka, mimo że wydawała się toksyczna w przeliczeniu miligramów na kilogram wagi nie była tak toksyczna, żeby istniało ryzyko uszkodzenia wątroby. Przyczyny? Matka i brat rządzący domem, w tle ortodoksyjny katolicyzm. Ojciec, który przywiózł tę dziewczynkę powiedział, że on sam się leczy na depresję z powodu żony. Ona do szpitala nie przyjedzie, bo neguje problem. Nie wiedział, że dziecko może mieć depresję. On niesie swój krzyż, ale nie myślał, że dziecko może chcieć odebrać sobie życie. Są też historie, gdy dzieci biorą tabletki, bo chcą przyjść do szpitala. One wiedziały, że się nie zabiją, ale chciały uciec z domu albo od jednego z rodziców, bo chcą być z drugim. To typowe w trakcie rozwodu lub po rozwodzie. Pamiętam dziewczynkę, która przyjeżdżała do nas co półtora miesiąca, bo nie chciała mieszkać z matką tylko z ojcem. On się nie zgadzał, ale kiedy się truła przyjeżdżał do szpitala i był z nią. Dzisiaj mamy dziewczynkę przyjętą po próbie samobójczej, w nocy, też tabletki.

Poruszamy się w sferze domysłów, ale dlaczego dzieci nie chcą żyć?
– Bywa tak, że nam się w ogóle nie udaje ustalić, jak w historii z tym chłopcem z trojaczków, który próbował się powiesić. Jest zmowa milczenia wszystkich – nie chce powiedzieć dziecko, bo rodzice nie pozwalają, oni sami też milczą. Przyczyny najczęściej znajdujemy w domu lub w szkole, bo rozwód, bo nie dogaduję się z jednym z rodziców i świat się wtedy kończy. Bywa, że jest to próba zwrócenia uwagi – zobacz, jestem, zobacz, proszę cię o miłość. W szkole to najczęściej przemoc, także psychiczna. I „romantyczne” historie, że rzucił chłopak, że nie wyobrażam sobie życia bez niego. Kolejne historie to brak akceptacji samych siebie – bo jestem beznadziejna. I tu są dwie grupy – dzieci, które leczą się na depresję, przyjmują 2-3 leki, mają 13-14 lat - podejmują próbę samobójczą, ale cała rodzina nie wie, o co chodzi. Bardzo rzadko jest to impuls – to w nich narasta. Nie myślą – myk, powieszę się. Zdarzają się też sporadyczne przypadki, że chcą doświadczyć cienkiej, czerwonej linii. Pamiętam dziewczynkę, która leżała u nas na OIOM-ie - straciła przytomność w wyniku próby samobójczej i rzeczywiście doświadczyła zbliżenia się do cienkiej, czerwonej linii po zażyciu dużej ilości leków. Gdy oprzytomniała, opisywała swoje doznania w pamiętniku, to jej się podobało więc chciała jeszcze spróbować próby samobójczej. Później oceniła to na zimno, że było fajnie, tak miało być. Jest to najczęściej krzyk o miłość, o zainteresowanie. Relacje z tymi dziećmi mają lekarze prowadzący, którzy kontaktują się z nimi codziennie, a są one u nas długo, bo czekamy na konsultacje psychiatryczne.

Problem psychiatrów dziecięcych jest znany.
– Tak, te dzieci czekają tydzień dwa, aż nam się uda wysłać je na konsultacje psychiatryczne, żeby zdecydować co dalej. W większości przypadków trafiają do szpitali psychiatrycznych, gdzie też brakuje miejsc. Brakuje też pomocy psychologicznej, ale głównie psychiatrycznej, bo wymagają bardziej specjalistycznej opieki niż tylko psychologa. Część tych dzieci leczona psychiatrycznie otrzymuje leki.

Jak scharakteryzowałaby pani rodziców?
– Są dwie grupy rodziców – jedni są bardzo przejęci stanem dziecka, starają się nim zaopiekować, inni to tacy, którzy właściwie zrezygnowali – przychodzą i mówią – „A to jest jej trzecia próba, tu jest pocięta na rękach, na nogach, no tak mamy. Takie życie”. Ta akceptacja stanu rzeczy jest przerażająca. Że te dzieci po prostu nie chcą żyć.

A jak opisałaby pani siebie, swoje refleksje, gdy na oddział przywożone jest kolejne dziecko, cudem odratowane?
– Mam wrażenie, że przez te wszystkie lata sama zobojętniałam i już nawet nie nazywamy tych dramatycznych zdarzeń próbami samobójczymi tylko „trutką” co brzmi inaczej. W ten sposób chyba sami bronimy się przed obrazkiem, który stoi za tymi tabletkami. Bo samo wypłukanie żołądka, podanie kroplówek, doprowadzenie tych dzieci do stanu „używalności” w ciągu dwóch-trzech dni to są działania techniczne, bo chora jest dusza i głowa a nie to ciało, które my poprawimy. Bardzo byśmy chcieli takiego scenariusza: oddajemy dzieci do lekarzy duszy i głowy i będzie już tylko lepiej. Nie, często jest tak, że je oddajemy, ale one wracają, czasem jest tak, że idą do psychiatry, ale problem nie zostaje rozwiązany. U dzieci trudno jest dotrzeć do sedna problemu, to nie może być psychiatra albo psycholog dla dorosłych. To powinien być ktoś, kto się zna na dzieciach, potrafi do nich dotrzeć i zrozumieć, dlaczego nie chcą żyć.

Jak te dzieci mają być przydatne dla społeczeństwa, jeśli mają tak wielką traumę w głowie? Ile z nich uda się doprowadzić do dobrego zdrowia psychicznego w dorosłości? Odpowiedzi poznamy za 10-15 lat.

Dzieci nie mają wartości, których trzeba się trzymać, bo dla nich warto żyć. Wszystko jest rozmyte, nie znajdują punktu zaczepienia. Jest wiele pytań, które sobie zadaję. Czy dzieci doświadczają teraz tyle złego, że nie są w stanie sobie z tym poradzić?

 
facebook linkedin twitter
© 2021 Termedia Sp. z o.o. All rights reserved.
Developed by Bentus.
PayU - płatności internetowe